Autor artykułu: Adrian Rosicki
Data opublikowania: 1 Czerwca 2026
Data opublikowania: 1 Czerwca 2026
Symulacja Troski
„Żyjemy w świecie symulacji, w którym najwyższą funkcją znaku jest wymazanie rzeczywistości i jednocześnie ukrycie jej zniknięcia” – Jean Baudrillard
Jest takie pytanie, którego wolimy sobie nie zadawać. Nie dlatego, że jest zbyt trudne intelektualnie. Raczej dlatego, że gdy raz zostanie wypowiedziane, zaczyna działać jak pęknięcie na szybie. Na początku jest niewielkie, prawie niewidoczne. Potem rozchodzi się dalej, przecina kolejne oczywistości, aż w końcu rozsadza cały obraz, który dotąd wydawał się stabilny.
Patrzymy na szpitale wyrastające na obrzeżach miast jak katedry nowej epoki. Na oddziały, laboratoria, poradnie, systemy rejestracji, cyfrowe wyniki badań, rezonanse magnetyczne, tomografy komputerowe, roboty chirurgiczne, procedury refundacyjne, algorytmy kwalifikacji, korytarze pełne światła i ludzi w bieli poruszających się z cichą pewnością. I czujemy spokój. Nie spokój wynikający z realnego doświadczenia zdrowia, tylko spokój wynikający z widoku infrastruktury. Spokój, który nie potrzebuje dowodu poza samą obecnością znaku. Skoro to wszystko istnieje, ktoś się nami opiekuje.
Ale właśnie w tym miejscu zaczyna się problem.
Istnieje różnica między udawaniem a symulacją. Ten, kto udaje, że się troszczy, wciąż znajduje się w świecie, w którym troska pozostaje czymś realnym. Jest jakiś oryginał, do którego można odnieść kopię. Jest prawdziwa troska i jej fałszywa imitacja. Granica między rzeczą a pozorem nadal istnieje. Można jeszcze powiedzieć: tutaj kończy się autentyczność, a zaczyna gra.
Symulacja idzie dalej. Symulacja nie polega na prostym kłamstwie. Nie mówi: „troszczę się”, podczas gdy troski nie ma. Symulacja tworzy taki układ znaków, procedur, obrazów i instytucji, że samo pytanie o realną troskę zaczyna wydawać się niepotrzebne, podejrzane albo wręcz absurdalne. Nie ma już oryginału, do którego można porównać kopię. Jest kopia, która stała się jedyną dostępną rzeczywistością. Nie pytamy już, czy coś faktycznie służy zdrowiu. Pytamy, czy mieści się w systemie, który nauczyliśmy się utożsamiać ze zdrowiem.
I dokładnie to stało się z troską o człowieka.
Mamy jej znak. Mamy jego doskonałą, lśniącą, kosztowną, monumentalną postać. Tak rozbudowaną, tak technologiczną, tak administracyjnie zaawansowaną, że przestaliśmy pytać, czy stoi za nią rzecz, którą miała oznaczać. Znak wystarczy. Znak sam siebie uwierzytelnia. Im więcej pieniędzy kosztuje, im większą zajmuje przestrzeń, im bardziej specjalistycznym językiem się posługuje, tym mniej skłonni jesteśmy sprawdzać, co właściwie potwierdza.
Bo oto największy paradoks nowoczesnego państwa: deklaruje ono troskę o zdrowie obywatela, a jednocześnie organizuje rzeczywistość w sposób, który to zdrowie systematycznie eroduje. Nie chodzi wyłącznie o medycynę jako dziedzinę. Nie chodzi o lekarzy, pielęgniarki, ratowników czy pojedyncze osoby, które często wykonują heroiczną pracę wewnątrz wadliwego układu. Chodzi o całą architekturę życia, w którą zostajemy wpisani od pierwszego oddechu aż po ostatni. Architekturę, która najpierw tworzy warunki sprzyjające chorobie, a następnie własną reakcję na tę chorobę przedstawia jako dowód swojej dobroci.
Najpierw produkuje deficyt. Potem sprzedaje łagodzenie deficytu jako troskę.
Spójrzmy na tę transakcję od środka, ponieważ jej brutalność nie polega na jednym spektakularnym akcie przemocy. Polega na tym, że koszt jest rozproszony, codzienny i przez to prawie niewidzialny.
Oddajemy czas. Większą część dnia, większą część tygodnia, większą część biologicznie najlepszych lat życia. Oddajemy uwagę, energię, sen, spontaniczność, rytm dobowy, zdolność do regeneracji. Pracujemy w chronicznym napięciu, w sztucznym świetle, w pośpiechu, w hałasie informacyjnym, w środowisku, które nieustannie wymusza czuwanie. Żyjemy pod presją ekonomiczną, która utrzymuje układ nerwowy w stanie przewlekłej gotowości. Człowiek nie może naprawdę odpocząć, jeśli jego ciało nie wierzy, że jest bezpieczne. A ciało nie wierzy w bezpieczeństwo na podstawie deklaracji. Ciało czyta rytm dnia, dostępność pożywienia, jakość snu, ekspozycję na światło, jakość relacji międzyludzkich, przewidywalność jutra, napięcie mięśni, oddech, tętno, poziom glukozy, temperaturę, stan zapalny.
Nowoczesny człowiek rzadko kiedy żyje w środowisku zdrowia. Częściej żyje w środowisku kompensacji.
To ważne rozróżnienie, ponieważ organizm potrafi bardzo długo kompensować przeciążenie. Potrafi utrzymywać pozory normalności kosztem coraz większego nakładu energetycznego. Potrafi zwiększać (ponad granicę korzyści) kortyzol, adrenalinę, napięcie układu współczulnego, żeby człowiek mógł „jakoś działać”. Potrafi obniżać libido, spłaszczać emocje, ograniczać termogenezę, zmniejszać spontaniczną aktywność, wyciszać procesy naprawcze, przesuwać zasoby z regeneracji na przetrwanie. I przez pewien czas wszystko wygląda normalnie. Człowiek pracuje. Odpowiada na wiadomości. Robi zakupy. Płaci podatki. Uśmiecha się, gdy trzeba. Wypełnia funkcję.
Ale biologia nie zna darmowych obiadów.
Każda godzina stresu, z którym nie jesteśmy w stanie się zmierzyć, każda skrócona noc, każda decyzja podejmowana pod presją, każdy posiłek jedzony w biegu, każde światło ekranu późnym wieczorem, każda relacja przeżywana jako zagrożenie, każda praca wykonywana w stanie wewnętrznego oporu zostawia swój ślad w fizjologii. Kortyzol, który w krótkim horyzoncie jest hormonem mobilizacji, w długim horyzoncie staje się sygnałem na to, że organizm nie może wejść w pełną regenerację. Gospodarka glukozowa zaczyna tracić elastyczność. Oś tarczycowa może zostać stłumiona nie dlatego, że ciało wykształciło jakąś wadę, a dlatego, że spowolnienie metabolizmu jest strategią przetrwania w świecie, który nie daje warunków do pełnej produkcji energii i ekspansji metabolicznej. Hormony anaboliczne spadają, ponieważ budowa, libido, płodność i wzrost są luksusem biologicznym dostępnym wtedy, gdy organizm czuje, że może zaspokajać potrzeby bez racjonowania zasobów (substratów energetycznych i składników odżywczych). Stan zapalny tli się nisko, bez spektakularnego objawu, ale wystarczająco długo, by zmieniać pracę naczyń, mózgu, mitochondriów, jelit, tkanki tłuszczowej i układu odpornościowego.
Sednem nie jest więc pojedyncza choroba. Sednem jest stopniowa utrata zdolności do wytwarzania energii i utrzymywania porządku biologicznego bez nieustannej kompensacji.
Nie ma tutaj żadnych wyolbrzymień, ani metafor. To są realne procesy: allostatyczne obciążenie, rozregulowanie osi HPA, insulinooporność, zaburzenia rytmu okołodobowego, przewlekły stan zapalny, spadek wydolności mitochondrialnej, utrata masy mięśniowej, pogorszenie jakości snu, spłaszczenie dopaminergicznej motywacji, obniżenie funkcji reprodukcyjnych. One nie pojawiają się nagle. One kumulują się przez lata. W ciszy. Bez dramatycznego momentu przełomu. Dlatego człowiek tak rzadko widzi cenę. Żaden pojedynczy dzień nie czuje się jak katastrofa. Katastrofa pojawia się dopiero jako suma dni, których nie potraktowano poważnie.
I wtedy na scenę wchodzi system leczenia.
Nie jako ten, który pyta: dlaczego ciało zostało doprowadzone do takiego stanu? Raczej jako ten, który mówi: mamy procedurę. Mamy specjalistę. Mamy lek. Mamy badanie. Mamy kolejkę. Mamy klasyfikację. Mamy kod rozpoznania. Mamy ścieżkę pacjenta.
Żywe, czujące, męczące się ciało zostaje zastąpione mapą. Wynikiem badania. Wykresem. Normą laboratoryjną. Jednostką chorobową. Pozycją w systemie. Ciało jako doświadczenie zostaje wymazane przez ciało jako dokumentację. A potem ten sam układ, który współtworzył warunki przeciążenia, przystępuje do zarządzania jego skutkami, nie kwestionując własnego udziału w ich powstaniu. Bo żeby ten udział zakwestionować, musiałby najpierw przyznać, że terytorium w ogóle istnieje. A on coraz częściej uznaje już tylko mapę.
To jest serce sprawy.
Znak miał kiedyś desygnat. Coś oznaczał. Do czegoś odsyłał. Czemuś służył. Szpital miał być miejscem ratowania zdrowia. Badanie miało pomagać zrozumieć ciało. Lek miał być narzędziem przywracania funkcji. Procedura miała być środkiem, nie sensem. Ale na pewnym etapie znak emancypuje się od swojego źródła. Przestaje być świadectwem rzeczy i staje się rzeczą samą. Nie odwzorowuje już rzeczywistości. Zaczyna ją wytwarzać. A potem zaczyna ją poprzedzać.
To nie potrzeba rodzi odpowiedź. To gotowa odpowiedź zaczyna kształtować potrzebę, którą rzekomo zaspokaja.
Właśnie dlatego infrastruktura medyczna staje się tak niebezpiecznie przekonującym znakiem troski. Rezonans magnetyczny nie poprawi jakości twojego snu. Tomograf nie odbuduje więzi społecznych, które dla zdrowia bywają ważniejsze niż kolejna procedura. Robot chirurgiczny nie przywróci ciału zdolności do adaptacji metabolicznej. Najnowszy lek nie rozwiąże faktu, że człowiek żyje w rytmie sprzecznym z własną biologią. Aplikacja zdrowotna nie zastąpi poczucia bezpieczeństwa, kontaktu ze światłem dziennym, odpowiedniego odżywienia, mięśni pracujących pod obciążeniem, stabilnego układu nerwowego i życia, którego nie trzeba nieustannie odreagowywać.
Można mieć najbardziej zaawansowaną aparaturę diagnostyczną w historii gatunku i jednocześnie społeczeństwo coraz bardziej wyczerpane, otyłe, zestresowane, niepłodne, samotne, depresyjne i metabolicznie rozregulowane. Maszyna jest prawdziwa. Procedura jest prawdziwa. Kompetencja techniczna może również być prawdziwa. A jednak ich suma nie musi być troską. Może być jedynie jej okazałym znakiem, który zasłonił sobą rzecz, którą miał oznaczać.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że ten znak nie tylko zasłania rzeczywistość. On ją wyprzedza.
Rozbudowana infrastruktura leczenia nie jest wyłącznie odpowiedzią na falę chorób, którą zastała jako gotowy fakt. Ona tę falę częściowo współwytwarza. Nie dlatego, że lekarz chce choroby. Nie dlatego, że każda interwencja jest zła. Tylko dlatego, że każdy duży system zaczyna definiować rzeczywistość przez kategorie, które potrafi obsłużyć. Jeśli posiada aparat diagnostyczny, będzie diagnozował. Jeśli posiada procedury, będzie kwalifikował. Jeśli posiada farmakologię, będzie farmakologizował. Jeśli posiada statystyki, będzie zarządzał tym, co da się policzyć. Jeśli posiada kolejki, będzie produkował logikę kolejek. Jeśli posiada normy, będzie przesuwał uwagę z funkcji na zakres referencyjny.
Mapa zaczyna produkować terytorium.
Im więcej mamy narzędzi do wykrywania i leczenia, tym więcej znajdujemy do wykrycia i leczenia. Im więcej stanów opisujemy językiem deficytu, zaburzenia i ryzyka, tym więcej życia zostaje przechwycone przez aparat interwencji. Im bardziej system rozbudowuje własną zdolność reagowania na chorobę, tym bardziej zaczyna traktować rosnącą liczbę reakcji jako dowód własnej użyteczności. A przecież to może być dokładnie odwrotnie. Rosnąca liczba interwencji może nie być dowodem postępu zdrowia. Może być dowodem pogłębiającej się porażki środowiska, kultury i organizacji życia.
Dlatego pytanie, które powinno paść jako pierwsze, brzmi: dlaczego coraz więcej ludzi w ogóle potrzebuje takiej liczby interwencji?
Jeśli chorób metabolicznych, depresji, zaburzeń hormonalnych, schorzeń autoimmunologicznych, problemów z płodnością, zaburzeń snu, neurodegeneracji, przewlekłego zmęczenia i chorób cywilizacyjnych nieprzerwanie przybywa w populacjach mających dostęp do najbardziej zaawansowanej opieki w historii, to problem prawdopodobnie nie leży wyłącznie w „braku leczenia”. Musi leżeć głębiej. W konstrukcji świata, który najpierw wymusza biologiczne przeciążenie, a później nazywa zarządzanie skutkami tego przeciążenia opieką.
Nowoczesny system nie pyta: jak sprawić, żeby człowiek miał tyle energii, odporności, więzi, snu, sprawności metabolicznej i zaspokojonych potrzeb, aby jak najrzadziej potrzebował medycyny? Pyta raczej: jak sprawniej obsłużyć rosnącą liczbę ludzi, którzy już się psują?
To jest fundamentalna różnica.
Pierwsze pytanie dotyczy zdrowia. Drugie dotyczy administracji choroby.
I właśnie tu pojawia się druga warstwa symulacji. Bo system może być coraz sprawniejszy w obsłudze choroby i jednocześnie coraz mniej zainteresowany wytwarzaniem warunków zdrowia. Może skracać czas procedury, digitalizować dokumentację, zwiększać liczbę konsultacji, poszerzać refundację, kupować nowy sprzęt, budować nowe oddziały i nadal nie dotykać sedna. Bo sedno nie znajduje się w placówce medycznej. Znajduje się w rytmie życia, w stosunku pracy, w jakości żywności, w świetle, w śnie, w poziomie samotności, w architekturze miast, w sztuce, w presji ekonomicznej, w utracie sprawczości, w kulturze ciągłej dostępności, w permanentnym pobudzeniu układu nerwowego.
Państwo, które naprawdę troszczyłoby się o zdrowie, musiałoby zadać pytania dużo bardziej niebezpieczne niż pytanie o liczbę łóżek szpitalnych. Musiałoby zapytać, dlaczego człowiek żyje w taki sposób, że potrzebuje tylu łóżek. Musiałoby zapytać, dlaczego praca pochłania najlepsze godziny jego biologicznego dnia. Dlaczego sen jest traktowany jak prywatna fanaberia, a nie jak fundament zdolności poznawczych, hormonalnych i immunologicznych. Dlaczego żywność niskiej jakości jest łatwiejsza logistycznie niż realne odżywienie. Dlaczego człowiek ma coraz mniej kontaktu ze słońcem, ruchem, wspólnotą, naturą i spokojem. Dlaczego ogromna część życia zostaje zamieniona w obsługę kosztów samego istnienia.
Ale takie pytania są groźne, ponieważ przesuwają uwagę z pacjenta na porządek, który pacjenta produkuje.
Dlatego system dużo chętniej leczy jednostkę, niż analizuje warunki, w których jednostka choruje. Jednostkę można zbadać, sklasyfikować, zapisać, skierować, zrefundować, monitorować. Warunki trzeba byłoby zmienić. A zmiana warunków oznaczałaby uderzenie w cały układ interesów, nawyków, instytucji i wygodnych mitów.
I w tym miejscu dochodzimy do części najtrudniejszej: co się dzieje, gdy ktoś próbuje ten porządek przejrzeć i nazwać po imieniu?
W teorii nauka jest procesem nieustannego podważania własnych założeń. Jej siłą nie jest to, że ma zawsze rację. Jej siłą jest zdolność korygowania błędów. Nauka żyje wtedy, gdy potrafi zapytać o własne ślepe plamy. Gdy umie odróżnić dowód od autorytetu, mechanizm od dogmatu, metodę od instytucji. Problem zaczyna się wtedy, gdy nauka jako proces zostaje utożsamiona z systemem jako strukturą. Bo proces szuka prawdy, a struktura chroni ciągłość samej siebie.
Każdy duży system broni się sam. Nie zawsze cynicznie. Nie zawsze świadomie. Często właśnie przez ludzi przekonanych, że bronią dobra. Im większa instytucja, tym większa jej bezwładność poznawcza. Im więcej statusu, pieniędzy, stanowisk, procedur i karier zbudowano na określonym modelu, tym trudniej temu modelowi zadać pytanie, które mogłoby go naruszyć. System chroni nie tyle prawdę, ile własny kod, czyli zbiór założeń, które definiują, jakie pytania wolno uznać za rozsądne, jakie dane za istotne, jakie mechanizmy za dopuszczalne, a jakich ludzi za wiarygodnych.
Dlatego ktoś, kto proponuje rozwiązania zmniejszające zależność ludzi od długoterminowej farmakoterapii, wieloletniego leczenia objawowego i centralnie kontrolowanych struktur, bardzo szybko (często natychmiast) przestaje być traktowany jak potencjalny innowator. Zaczyna być traktowany jak zagrożenie. I to niezależnie od tego, czy ma rację. Bo w porządku, w którym znak oderwał się od rzeczywistości, prawdziwość propozycji przestaje być pierwszym kryterium. Pierwszym kryterium staje się zgodność z kodem.
Z tego powodu, debata o zdrowiu coraz częściej przestaje być debatą o mechanizmach, a staje się debatą o przynależności. Pytanie „czy to działa?” zostaje wyparte przez pytanie „czy to pasuje do uznanego porządku?”. Pytanie „jaki jest mechanizm?” zostaje wyparte przez pytanie „kto to powiedział?”. Pytanie „czy człowiek realnie zdrowieje?” zostaje wyparte przez pytanie „czy mieści się w procedurze?”.
Z trzeźwej perspektywy, to nie jest nauka, a administracja prawomocności ubrana w coś, co jedynie przypomina naukę.
Człowiek wychodzący poza obowiązujący model rzadko bywa analizowany spokojnie. Częściej bywa etykietowany. Redukowany do memu. Wrzucany do worka z napisem „szarlataneria”, „pseudonauka”, „antysystemowość”, „niebezpieczne poglądy”, często zanim w ogóle padnie pierwsze uczciwe pytanie o proponowany mechanizm. Odruch odrzucenia uruchamia się szybciej niż odruch analizy. A to odwrócenie kolejności jest samo w sobie objawem, że w grę nie wchodzi już poszukiwanie prawdy. W grę wchodzi obrona pozycji.
Symulacja nie znosi pytania o swój desygnat, ponieważ każde takie pytanie grozi ujawnieniem, że desygnat został utracony.
I tak system najgłośniej mówi o „walce o zdrowie”, jednocześnie podtrzymując świat, w którym człowiek zdrowy, pełen energii, niezależnie myślący i biologicznie sprawny staje się zjawiskiem coraz rzadszym. Nie dlatego, że ktoś przy biurku zaplanował, że ludzie mają być słabi. To byłoby zbyt proste. Problem jest głębszy i przez to trudniejszy do uchwycenia. Taki człowiek jest dla porządku symulacji prawie niewidzialny. Nie generuje procedur. Nie potwierdza zapotrzebowania. Nie wzmacnia statystyki interwencji. Nie zasila narracji o konieczności dalszej rozbudowy aparatu. Jest dziurą w mapie. A mapa nie znosi pustych miejsc.
Prawdziwie prozdrowotnego systemu nie mierzy się liczbą szpitali, procedur, maszyn i wydanych recept. To są wskaźniki aktywności systemu leczenia, nie wskaźniki zdrowia populacji. Prawdziwie prozdrowotny system mierzy się liczbą ludzi, którzy zachowują energię, sprawność, płodność, sen, odporność, jasność myślenia, siłę mięśni, stabilność metaboliczną i zdolność do regeneracji tak długo, że medycyna pozostaje dla nich zabezpieczeniem, a nie stałym środowiskiem życia.
Sukcesem systemu zdrowia nie jest to, że potrafi sprawnie zarządzać chorobą. Sukcesem jest to, że choroba pojawia się rzadziej, później, łagodniej i nie staje się podstawowym językiem opisu człowieka. Sukcesem nie jest większa liczba interwencji. Sukcesem jest większa liczba ludzi, którzy ich nie potrzebują.
Dopóki mierzymy troskę liczbą procedur, będziemy mylić ruch z postępem. Dopóki mierzymy zdrowie liczbą badań, będziemy mylić obserwację z regeneracją. Dopóki mierzymy opiekę rozmiarem aparatu, będziemy mylić monumentalność znaku z realnością rzeczy. A to dwie zupełnie różne sprawy, oddzielone od siebie całą przepaścią między mapą a terytorium.
Żyjemy już wewnątrz znaku, który zapomniał, czemu miał służyć. Patrzymy na jego rozmach i nazywamy go troską, bo łatwiej uwierzyć w obraz niż zapytać, dlaczego ciało pod tym obrazem coraz częściej nie ma siły żyć.
Dlatego pytanie, którego wolimy sobie nie zadawać, brzmi tak prosto i jednocześnie tak nieznośnie:
Czy naprawdę widzimy troskę, czy tylko jej doskonałą symulację?
Bibliografia:
Baudrillard, Jean, Symulakry i symulacja, przeł. Sławomir Królak, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2005.
Baudrillard, Jean, Społeczeństwo konsumpcyjne. Jego mity i struktury, przeł. Sławomir Królak, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2006.
Foucault, Michel, Narodziny biopolityki, przeł. Michał Herer, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011.
Foucault, Michel, Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, przeł. Tadeusz Komendant, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2009.
Illich, Ivan, Medical Nemesis: The Expropriation of Health, Pantheon Books, New York 1976.
Illich, Ivan, Limits to Medicine: Medical Nemesis - The Expropriation of Health, Marion Boyars, London 1995.
Debord, Guy, Społeczeństwo spektaklu, przeł. Mateusz Kwaterko, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2006.
Han, Byung-Chul, Społeczeństwo zmęczenia i inne eseje, przeł. Rafał Pokrywka, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2022.
Rose, Nikolas, The Politics of Life Itself: Biomedicine, Power, and Subjectivity in the Twenty-First Century, Princeton University Press, Princeton 2007.
Canguilhem, Georges, The Normal and the Pathological, Zone Books, New York 1991.
Sterling, Peter, Eyer, Joseph, “Allostasis: A New Paradigm to Explain Arousal Pathology”, w: Handbook of Life Stress, Cognition and Health, red. S. Fisher, J. Reason, Wiley, New York 1988.
McEwen, Bruce S., “Protective and Damaging Effects of Stress Mediators”, New England Journal of Medicine, 1998;338(3):171-179.
McEwen, Bruce S., Wingfield, John C., “The Concept of Allostasis in Biology and Biomedicine”, Hormones and Behavior, 2003;43(1):2-15.
Juster, Robert-Paul, McEwen, Bruce S., Lupien, Sonia J., “Allostatic Load Biomarkers of Chronic Stress and Impact on Health and Cognition”, Neuroscience & Biobehavioral Reviews, 2010;35(1):2-16.
Sapolsky, Robert M., Why Zebras Don’t Get Ulcers, Holt Paperbacks, New York 2004.
Sapolsky, Robert M., Romero, L. Michael, Munck, Allan U., “How Do Glucocorticoids Influence Stress Responses?”, Endocrine Reviews, 2000;21(1):55-89.
Ludwig, David S., Ebbeling, Cara B., “The Carbohydrate-Insulin Model of Obesity: Beyond ‘Calories In, Calories Out’”, JAMA Internal Medicine, 2018;178(8):1098-1103.
Hall, Kevin D. et al., “Ultra-Processed Diets Cause Excess Calorie Intake and Weight Gain”, Cell Metabolism, 2019;30(1):67-77.
Swinburn, Boyd A. et al., “The Global Obesity Pandemic: Shaped by Global Drivers and Local Environments”, The Lancet, 2011;378(9793):804-814.
Egger, Garry, Dixon, John, “Beyond Obesity and Lifestyle: A Review of 21st Century Chronic Disease Determinants”, BioMed Research International, 2014.
Walker, Matthew, Why We Sleep: Unlocking the Power of Sleep and Dreams, Scribner, New York 2017.
Czeisler, Charles A., “Perspective: Casting Light on Sleep Deficiency”, Nature, 2013;497:S13.
Panda, Satchin, The Circadian Code, Rodale Books, New York 2018.
Wright, Kenneth P. et al., “Entrainment of the Human Circadian Clock to the Natural Light-Dark Cycle”, Current Biology, 2013;23(16):1554-1558.
Holt-Lunstad, Julianne, Smith, Timothy B., Layton, J. Bradley, “Social Relationships and Mortality Risk: A Meta-analytic Review”, PLoS Medicine, 2010;7(7).
Cacioppo, John T., Cacioppo, Stephanie, “Social Relationships and Health: The Toxic Effects of Perceived Social Isolation”, Social and Personality Psychology Compass, 2014;8(2):58-72.
Putnam, Robert D., Bowling Alone: The Collapse and Revival of American Community, Simon & Schuster, New York 2000.
Conrad, Peter, The Medicalization of Society, Johns Hopkins University Press, Baltimore 2007.
Moynihan, Ray, Cassels, Alan, Selling Sickness: How the World’s Biggest Pharmaceutical Companies Are Turning Us All Into Patients, Nation Books, New York 2005.
Welch, H. Gilbert, Schwartz, Lisa M., Woloshin, Steven, Overdiagnosed: Making People Sick in the Pursuit of Health, Beacon Press, Boston 2011.
Ioannidis, John P.A., “Why Most Published Research Findings Are False”, PLoS Medicine, 2005;2(8).
Starfield, Barbara, “Is US Health Really the Best in the World?”, JAMA, 2000;284(4):483-485.
Lane, Nick, Power, Sex, Suicide: Mitochondria and the Meaning of Life, Oxford University Press, Oxford 2005.
Wallace, Douglas C., “Mitochondria and Cancer”, Nature Reviews Cancer, 2012;12:685-698.
Picard, Martin et al., “Mitochondrial Psychobiology: Foundations and Applications”, Current Opinion in Behavioral Sciences, 2018;28:142-151.
Naviaux, Robert K., “Metabolic Features of the Cell Danger Response”, Mitochondrion, 2014;16:7-17.
Symulacja Troski
„Żyjemy w świecie symulacji, w którym najwyższą funkcją znaku jest wymazanie rzeczywistości i jednocześnie ukrycie jej zniknięcia”
– Jean Baudrillard
Jest takie pytanie, którego wolimy sobie nie zadawać. Nie dlatego, że jest zbyt trudne intelektualnie. Raczej dlatego, że gdy raz zostanie wypowiedziane, zaczyna działać jak pęknięcie na szybie. Na początku jest niewielkie, prawie niewidoczne. Potem rozchodzi się dalej, przecina kolejne oczywistości, aż w końcu rozsadza cały obraz, który dotąd wydawał się stabilny.
Patrzymy na szpitale wyrastające na obrzeżach miast jak katedry nowej epoki. Na oddziały, laboratoria, poradnie, systemy rejestracji, cyfrowe wyniki badań, rezonanse magnetyczne, tomografy komputerowe, roboty chirurgiczne, procedury refundacyjne, algorytmy kwalifikacji, korytarze pełne światła i ludzi w bieli poruszających się z cichą pewnością. I czujemy spokój. Nie spokój wynikający z realnego doświadczenia zdrowia, tylko spokój wynikający z widoku infrastruktury. Spokój, który nie potrzebuje dowodu poza samą obecnością znaku. Skoro to wszystko istnieje, ktoś się nami opiekuje.
Ale właśnie w tym miejscu zaczyna się problem.
Istnieje różnica między udawaniem a symulacją. Ten, kto udaje, że się troszczy, wciąż znajduje się w świecie, w którym troska pozostaje czymś realnym. Jest jakiś oryginał, do którego można odnieść kopię. Jest prawdziwa troska i jej fałszywa imitacja. Granica między rzeczą a pozorem nadal istnieje. Można jeszcze powiedzieć: tutaj kończy się autentyczność, a zaczyna gra.
Symulacja idzie dalej. Symulacja nie polega na prostym kłamstwie. Nie mówi: „troszczę się”, podczas gdy troski nie ma. Symulacja tworzy taki układ znaków, procedur, obrazów i instytucji, że samo pytanie o realną troskę zaczyna wydawać się niepotrzebne, podejrzane albo wręcz absurdalne. Nie ma już oryginału, do którego można porównać kopię. Jest kopia, która stała się jedyną dostępną rzeczywistością. Nie pytamy już, czy coś faktycznie służy zdrowiu. Pytamy, czy mieści się w systemie, który nauczyliśmy się utożsamiać ze zdrowiem.
I dokładnie to stało się z troską o człowieka.
Mamy jej znak. Mamy jego doskonałą, lśniącą, kosztowną, monumentalną postać. Tak rozbudowaną, tak technologiczną, tak administracyjnie zaawansowaną, że przestaliśmy pytać, czy stoi za nią rzecz, którą miała oznaczać. Znak wystarczy. Znak sam siebie uwierzytelnia. Im więcej pieniędzy kosztuje, im większą zajmuje przestrzeń, im bardziej specjalistycznym językiem się posługuje, tym mniej skłonni jesteśmy sprawdzać, co właściwie potwierdza.
Bo oto największy paradoks nowoczesnego państwa: deklaruje ono troskę o zdrowie obywatela, a jednocześnie organizuje rzeczywistość w sposób, który to zdrowie systematycznie eroduje. Nie chodzi wyłącznie o medycynę jako dziedzinę. Nie chodzi o lekarzy, pielęgniarki, ratowników czy pojedyncze osoby, które często wykonują heroiczną pracę wewnątrz wadliwego układu. Chodzi o całą architekturę życia, w którą zostajemy wpisani od pierwszego oddechu aż po ostatni. Architekturę, która najpierw tworzy warunki sprzyjające chorobie, a następnie własną reakcję na tę chorobę przedstawia jako dowód swojej dobroci.
Najpierw produkuje deficyt. Potem sprzedaje łagodzenie deficytu jako troskę.
Spójrzmy na tę transakcję od środka, ponieważ jej brutalność nie polega na jednym spektakularnym akcie przemocy. Polega na tym, że koszt jest rozproszony, codzienny i przez to prawie niewidzialny.
Oddajemy czas. Większą część dnia, większą część tygodnia, większą część biologicznie najlepszych lat życia. Oddajemy uwagę, energię, sen, spontaniczność, rytm dobowy, zdolność do regeneracji. Pracujemy w chronicznym napięciu, w sztucznym świetle, w pośpiechu, w hałasie informacyjnym, w środowisku, które nieustannie wymusza czuwanie. Żyjemy pod presją ekonomiczną, która utrzymuje układ nerwowy w stanie przewlekłej gotowości. Człowiek nie może naprawdę odpocząć, jeśli jego ciało nie wierzy, że jest bezpieczne. A ciało nie wierzy w bezpieczeństwo na podstawie deklaracji. Ciało czyta rytm dnia, dostępność pożywienia, jakość snu, ekspozycję na światło, jakość relacji międzyludzkich, przewidywalność jutra, napięcie mięśni, oddech, tętno, poziom glukozy, temperaturę, stan zapalny.
Nowoczesny człowiek rzadko kiedy żyje w środowisku zdrowia. Częściej żyje w środowisku kompensacji.
To ważne rozróżnienie, ponieważ organizm potrafi bardzo długo kompensować przeciążenie. Potrafi utrzymywać pozory normalności kosztem coraz większego nakładu energetycznego. Potrafi zwiększać (ponad granicę korzyści) kortyzol, adrenalinę, napięcie układu współczulnego, żeby człowiek mógł „jakoś działać”. Potrafi obniżać libido, spłaszczać emocje, ograniczać termogenezę, zmniejszać spontaniczną aktywność, wyciszać procesy naprawcze, przesuwać zasoby z regeneracji na przetrwanie. I przez pewien czas wszystko wygląda normalnie. Człowiek pracuje. Odpowiada na wiadomości. Robi zakupy. Płaci podatki. Uśmiecha się, gdy trzeba. Wypełnia funkcję.
Ale biologia nie zna darmowych obiadów.
Każda godzina stresu, z którym nie jesteśmy w stanie się zmierzyć, każda skrócona noc, każda decyzja podejmowana pod presją, każdy posiłek jedzony w biegu, każde światło ekranu późnym wieczorem, każda relacja przeżywana jako zagrożenie, każda praca wykonywana w stanie wewnętrznego oporu zostawia swój ślad w fizjologii. Kortyzol, który w krótkim horyzoncie jest hormonem mobilizacji, w długim horyzoncie staje się sygnałem na to, że organizm nie może wejść w pełną regenerację. Gospodarka glukozowa zaczyna tracić elastyczność. Oś tarczycowa może zostać stłumiona nie dlatego, że ciało wykształciło jakąś wadę, a dlatego, że spowolnienie metabolizmu jest strategią przetrwania w świecie, który nie daje warunków do pełnej produkcji energii i ekspansji metabolicznej. Hormony anaboliczne spadają, ponieważ budowa, libido, płodność i wzrost są luksusem biologicznym dostępnym wtedy, gdy organizm czuje, że może zaspokajać potrzeby bez racjonowania zasobów (substratów energetycznych i składników odżywczych). Stan zapalny tli się nisko, bez spektakularnego objawu, ale wystarczająco długo, by zmieniać pracę naczyń, mózgu, mitochondriów, jelit, tkanki tłuszczowej i układu odpornościowego.
Sednem nie jest więc pojedyncza choroba. Sednem jest stopniowa utrata zdolności do wytwarzania energii i utrzymywania porządku biologicznego bez nieustannej kompensacji.
Nie ma tutaj żadnych wyolbrzymień, ani metafor. To są realne procesy: allostatyczne obciążenie, rozregulowanie osi HPA, insulinooporność, zaburzenia rytmu okołodobowego, przewlekły stan zapalny, spadek wydolności mitochondrialnej, utrata masy mięśniowej, pogorszenie jakości snu, spłaszczenie dopaminergicznej motywacji, obniżenie funkcji reprodukcyjnych. One nie pojawiają się nagle. One kumulują się przez lata. W ciszy. Bez dramatycznego momentu przełomu. Dlatego człowiek tak rzadko widzi cenę. Żaden pojedynczy dzień nie czuje się jak katastrofa. Katastrofa pojawia się dopiero jako suma dni, których nie potraktowano poważnie.
I wtedy na scenę wchodzi system leczenia.
Nie jako ten, który pyta: dlaczego ciało zostało doprowadzone do takiego stanu? Raczej jako ten, który mówi: mamy procedurę. Mamy specjalistę. Mamy lek. Mamy badanie. Mamy kolejkę. Mamy klasyfikację. Mamy kod rozpoznania. Mamy ścieżkę pacjenta.
Żywe, czujące, męczące się ciało zostaje zastąpione mapą. Wynikiem badania. Wykresem. Normą laboratoryjną. Jednostką chorobową. Pozycją w systemie. Ciało jako doświadczenie zostaje wymazane przez ciało jako dokumentację. A potem ten sam układ, który współtworzył warunki przeciążenia, przystępuje do zarządzania jego skutkami, nie kwestionując własnego udziału w ich powstaniu. Bo żeby ten udział zakwestionować, musiałby najpierw przyznać, że terytorium w ogóle istnieje. A on coraz częściej uznaje już tylko mapę.
To jest serce sprawy.
Znak miał kiedyś desygnat. Coś oznaczał. Do czegoś odsyłał. Czemuś służył. Szpital miał być miejscem ratowania zdrowia. Badanie miało pomagać zrozumieć ciało. Lek miał być narzędziem przywracania funkcji. Procedura miała być środkiem, nie sensem. Ale na pewnym etapie znak emancypuje się od swojego źródła. Przestaje być świadectwem rzeczy i staje się rzeczą samą. Nie odwzorowuje już rzeczywistości. Zaczyna ją wytwarzać. A potem zaczyna ją poprzedzać.
To nie potrzeba rodzi odpowiedź. To gotowa odpowiedź zaczyna kształtować potrzebę, którą rzekomo zaspokaja.
Właśnie dlatego infrastruktura medyczna staje się tak niebezpiecznie przekonującym znakiem troski. Rezonans magnetyczny nie poprawi jakości twojego snu. Tomograf nie odbuduje więzi społecznych, które dla zdrowia bywają ważniejsze niż kolejna procedura. Robot chirurgiczny nie przywróci ciału zdolności do adaptacji metabolicznej. Najnowszy lek nie rozwiąże faktu, że człowiek żyje w rytmie sprzecznym z własną biologią. Aplikacja zdrowotna nie zastąpi poczucia bezpieczeństwa, kontaktu ze światłem dziennym, odpowiedniego odżywienia, mięśni pracujących pod obciążeniem, stabilnego układu nerwowego i życia, którego nie trzeba nieustannie odreagowywać.
Można mieć najbardziej zaawansowaną aparaturę diagnostyczną w historii gatunku i jednocześnie społeczeństwo coraz bardziej wyczerpane, otyłe, zestresowane, niepłodne, samotne, depresyjne i metabolicznie rozregulowane. Maszyna jest prawdziwa. Procedura jest prawdziwa. Kompetencja techniczna może również być prawdziwa. A jednak ich suma nie musi być troską. Może być jedynie jej okazałym znakiem, który zasłonił sobą rzecz, którą miał oznaczać.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że ten znak nie tylko zasłania rzeczywistość. On ją wyprzedza.
Rozbudowana infrastruktura leczenia nie jest wyłącznie odpowiedzią na falę chorób, którą zastała jako gotowy fakt. Ona tę falę częściowo współwytwarza. Nie dlatego, że lekarz chce choroby. Nie dlatego, że każda interwencja jest zła. Tylko dlatego, że każdy duży system zaczyna definiować rzeczywistość przez kategorie, które potrafi obsłużyć. Jeśli posiada aparat diagnostyczny, będzie diagnozował. Jeśli posiada procedury, będzie kwalifikował. Jeśli posiada farmakologię, będzie farmakologizował. Jeśli posiada statystyki, będzie zarządzał tym, co da się policzyć. Jeśli posiada kolejki, będzie produkował logikę kolejek. Jeśli posiada normy, będzie przesuwał uwagę z funkcji na zakres referencyjny.
Mapa zaczyna produkować terytorium.
Im więcej mamy narzędzi do wykrywania i leczenia, tym więcej znajdujemy do wykrycia i leczenia. Im więcej stanów opisujemy językiem deficytu, zaburzenia i ryzyka, tym więcej życia zostaje przechwycone przez aparat interwencji. Im bardziej system rozbudowuje własną zdolność reagowania na chorobę, tym bardziej zaczyna traktować rosnącą liczbę reakcji jako dowód własnej użyteczności. A przecież to może być dokładnie odwrotnie. Rosnąca liczba interwencji może nie być dowodem postępu zdrowia. Może być dowodem pogłębiającej się porażki środowiska, kultury i organizacji życia.
Dlatego pytanie, które powinno paść jako pierwsze, brzmi: dlaczego coraz więcej ludzi w ogóle potrzebuje takiej liczby interwencji?
Jeśli chorób metabolicznych, depresji, zaburzeń hormonalnych, schorzeń autoimmunologicznych, problemów z płodnością, zaburzeń snu, neurodegeneracji, przewlekłego zmęczenia i chorób cywilizacyjnych nieprzerwanie przybywa w populacjach mających dostęp do najbardziej zaawansowanej opieki w historii, to problem prawdopodobnie nie leży wyłącznie w „braku leczenia”. Musi leżeć głębiej. W konstrukcji świata, który najpierw wymusza biologiczne przeciążenie, a później nazywa zarządzanie skutkami tego przeciążenia opieką.
Nowoczesny system nie pyta: jak sprawić, żeby człowiek miał tyle energii, odporności, więzi, snu, sprawności metabolicznej i zaspokojonych potrzeb, aby jak najrzadziej potrzebował medycyny? Pyta raczej: jak sprawniej obsłużyć rosnącą liczbę ludzi, którzy już się psują?
To jest fundamentalna różnica.
Pierwsze pytanie dotyczy zdrowia. Drugie dotyczy administracji choroby.
I właśnie tu pojawia się druga warstwa symulacji. Bo system może być coraz sprawniejszy w obsłudze choroby i jednocześnie coraz mniej zainteresowany wytwarzaniem warunków zdrowia. Może skracać czas procedury, digitalizować dokumentację, zwiększać liczbę konsultacji, poszerzać refundację, kupować nowy sprzęt, budować nowe oddziały i nadal nie dotykać sedna. Bo sedno nie znajduje się w placówce medycznej. Znajduje się w rytmie życia, w stosunku pracy, w jakości żywności, w świetle, w śnie, w poziomie samotności, w architekturze miast, w sztuce, w presji ekonomicznej, w utracie sprawczości, w kulturze ciągłej dostępności, w permanentnym pobudzeniu układu nerwowego.
Państwo, które naprawdę troszczyłoby się o zdrowie, musiałoby zadać pytania dużo bardziej niebezpieczne niż pytanie o liczbę łóżek szpitalnych. Musiałoby zapytać, dlaczego człowiek żyje w taki sposób, że potrzebuje tylu łóżek. Musiałoby zapytać, dlaczego praca pochłania najlepsze godziny jego biologicznego dnia. Dlaczego sen jest traktowany jak prywatna fanaberia, a nie jak fundament zdolności poznawczych, hormonalnych i immunologicznych. Dlaczego żywność niskiej jakości jest łatwiejsza logistycznie niż realne odżywienie. Dlaczego człowiek ma coraz mniej kontaktu ze słońcem, ruchem, wspólnotą, naturą i spokojem. Dlaczego ogromna część życia zostaje zamieniona w obsługę kosztów samego istnienia.
Ale takie pytania są groźne, ponieważ przesuwają uwagę z pacjenta na porządek, który pacjenta produkuje.
Dlatego system dużo chętniej leczy jednostkę, niż analizuje warunki, w których jednostka choruje. Jednostkę można zbadać, sklasyfikować, zapisać, skierować, zrefundować, monitorować. Warunki trzeba byłoby zmienić. A zmiana warunków oznaczałaby uderzenie w cały układ interesów, nawyków, instytucji i wygodnych mitów.
I w tym miejscu dochodzimy do części najtrudniejszej: co się dzieje, gdy ktoś próbuje ten porządek przejrzeć i nazwać po imieniu?
W teorii nauka jest procesem nieustannego podważania własnych założeń. Jej siłą nie jest to, że ma zawsze rację. Jej siłą jest zdolność korygowania błędów. Nauka żyje wtedy, gdy potrafi zapytać o własne ślepe plamy. Gdy umie odróżnić dowód od autorytetu, mechanizm od dogmatu, metodę od instytucji. Problem zaczyna się wtedy, gdy nauka jako proces zostaje utożsamiona z systemem jako strukturą. Bo proces szuka prawdy, a struktura chroni ciągłość samej siebie.
Każdy duży system broni się sam. Nie zawsze cynicznie. Nie zawsze świadomie. Często właśnie przez ludzi przekonanych, że bronią dobra. Im większa instytucja, tym większa jej bezwładność poznawcza. Im więcej statusu, pieniędzy, stanowisk, procedur i karier zbudowano na określonym modelu, tym trudniej temu modelowi zadać pytanie, które mogłoby go naruszyć. System chroni nie tyle prawdę, ile własny kod, czyli zbiór założeń, które definiują, jakie pytania wolno uznać za rozsądne, jakie dane za istotne, jakie mechanizmy za dopuszczalne, a jakich ludzi za wiarygodnych.
Dlatego ktoś, kto proponuje rozwiązania zmniejszające zależność ludzi od długoterminowej farmakoterapii, wieloletniego leczenia objawowego i centralnie kontrolowanych struktur, bardzo szybko (często natychmiast) przestaje być traktowany jak potencjalny innowator. Zaczyna być traktowany jak zagrożenie. I to niezależnie od tego, czy ma rację. Bo w porządku, w którym znak oderwał się od rzeczywistości, prawdziwość propozycji przestaje być pierwszym kryterium. Pierwszym kryterium staje się zgodność z kodem.
Z tego powodu, debata o zdrowiu coraz częściej przestaje być debatą o mechanizmach, a staje się debatą o przynależności. Pytanie „czy to działa?” zostaje wyparte przez pytanie „czy to pasuje do uznanego porządku?”. Pytanie „jaki jest mechanizm?” zostaje wyparte przez pytanie „kto to powiedział?”. Pytanie „czy człowiek realnie zdrowieje?” zostaje wyparte przez pytanie „czy mieści się w procedurze?”.
Z trzeźwej perspektywy, to nie jest nauka, a administracja prawomocności ubrana w coś, co jedynie przypomina naukę.
Człowiek wychodzący poza obowiązujący model rzadko bywa analizowany spokojnie. Częściej bywa etykietowany. Redukowany do memu. Wrzucany do worka z napisem „szarlataneria”, „pseudonauka”, „antysystemowość”, „niebezpieczne poglądy”, często zanim w ogóle padnie pierwsze uczciwe pytanie o proponowany mechanizm. Odruch odrzucenia uruchamia się szybciej niż odruch analizy. A to odwrócenie kolejności jest samo w sobie objawem, że w grę nie wchodzi już poszukiwanie prawdy. W grę wchodzi obrona pozycji.
Symulacja nie znosi pytania o swój desygnat, ponieważ każde takie pytanie grozi ujawnieniem, że desygnat został utracony.
I tak system najgłośniej mówi o „walce o zdrowie”, jednocześnie podtrzymując świat, w którym człowiek zdrowy, pełen energii, niezależnie myślący i biologicznie sprawny staje się zjawiskiem coraz rzadszym. Nie dlatego, że ktoś przy biurku zaplanował, że ludzie mają być słabi. To byłoby zbyt proste. Problem jest głębszy i przez to trudniejszy do uchwycenia. Taki człowiek jest dla porządku symulacji prawie niewidzialny. Nie generuje procedur. Nie potwierdza zapotrzebowania. Nie wzmacnia statystyki interwencji. Nie zasila narracji o konieczności dalszej rozbudowy aparatu. Jest dziurą w mapie. A mapa nie znosi pustych miejsc.
Prawdziwie prozdrowotnego systemu nie mierzy się liczbą szpitali, procedur, maszyn i wydanych recept. To są wskaźniki aktywności systemu leczenia, nie wskaźniki zdrowia populacji. Prawdziwie prozdrowotny system mierzy się liczbą ludzi, którzy zachowują energię, sprawność, płodność, sen, odporność, jasność myślenia, siłę mięśni, stabilność metaboliczną i zdolność do regeneracji tak długo, że medycyna pozostaje dla nich zabezpieczeniem, a nie stałym środowiskiem życia.
Sukcesem systemu zdrowia nie jest to, że potrafi sprawnie zarządzać chorobą. Sukcesem jest to, że choroba pojawia się rzadziej, później, łagodniej i nie staje się podstawowym językiem opisu człowieka. Sukcesem nie jest większa liczba interwencji. Sukcesem jest większa liczba ludzi, którzy ich nie potrzebują.
Dopóki mierzymy troskę liczbą procedur, będziemy mylić ruch z postępem. Dopóki mierzymy zdrowie liczbą badań, będziemy mylić obserwację z regeneracją. Dopóki mierzymy opiekę rozmiarem aparatu, będziemy mylić monumentalność znaku z realnością rzeczy. A to dwie zupełnie różne sprawy, oddzielone od siebie całą przepaścią między mapą a terytorium.
Żyjemy już wewnątrz znaku, który zapomniał, czemu miał służyć. Patrzymy na jego rozmach i nazywamy go troską, bo łatwiej uwierzyć w obraz niż zapytać, dlaczego ciało pod tym obrazem coraz częściej nie ma siły żyć.
Dlatego pytanie, którego wolimy sobie nie zadawać, brzmi tak prosto i jednocześnie tak nieznośnie:
Czy naprawdę widzimy troskę, czy tylko jej doskonałą symulację?
Bibliografia:
Baudrillard, Jean, Symulakry i symulacja, przeł. Sławomir Królak, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2005.
Baudrillard, Jean, Społeczeństwo konsumpcyjne. Jego mity i struktury, przeł. Sławomir Królak, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2006.
Foucault, Michel, Narodziny biopolityki, przeł. Michał Herer, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011.
Foucault, Michel, Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, przeł. Tadeusz Komendant, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2009.
Illich, Ivan, Medical Nemesis: The Expropriation of Health, Pantheon Books, New York 1976.
Illich, Ivan, Limits to Medicine: Medical Nemesis - The Expropriation of Health, Marion Boyars, London 1995.
Debord, Guy, Społeczeństwo spektaklu, przeł. Mateusz Kwaterko, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2006.
Han, Byung-Chul, Społeczeństwo zmęczenia i inne eseje, przeł. Rafał Pokrywka, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2022.
Rose, Nikolas, The Politics of Life Itself: Biomedicine, Power, and Subjectivity in the Twenty-First Century, Princeton University Press, Princeton 2007.
Canguilhem, Georges, The Normal and the Pathological, Zone Books, New York 1991.
Sterling, Peter, Eyer, Joseph, “Allostasis: A New Paradigm to Explain Arousal Pathology”, w: Handbook of Life Stress, Cognition and Health, red. S. Fisher, J. Reason, Wiley, New York 1988.
McEwen, Bruce S., “Protective and Damaging Effects of Stress Mediators”, New England Journal of Medicine, 1998;338(3):171-179.
McEwen, Bruce S., Wingfield, John C., “The Concept of Allostasis in Biology and Biomedicine”, Hormones and Behavior, 2003;43(1):2-15.
Juster, Robert-Paul, McEwen, Bruce S., Lupien, Sonia J., “Allostatic Load Biomarkers of Chronic Stress and Impact on Health and Cognition”, Neuroscience & Biobehavioral Reviews, 2010;35(1):2-16.
Sapolsky, Robert M., Why Zebras Don’t Get Ulcers, Holt Paperbacks, New York 2004.
Sapolsky, Robert M., Romero, L. Michael, Munck, Allan U., “How Do Glucocorticoids Influence Stress Responses?”, Endocrine Reviews, 2000;21(1):55-89.
Ludwig, David S., Ebbeling, Cara B., “The Carbohydrate-Insulin Model of Obesity: Beyond ‘Calories In, Calories Out’”, JAMA Internal Medicine, 2018;178(8):1098-1103.
Hall, Kevin D. et al., “Ultra-Processed Diets Cause Excess Calorie Intake and Weight Gain”, Cell Metabolism, 2019;30(1):67-77.
Swinburn, Boyd A. et al., “The Global Obesity Pandemic: Shaped by Global Drivers and Local Environments”, The Lancet, 2011;378(9793):804-814.
Egger, Garry, Dixon, John, “Beyond Obesity and Lifestyle: A Review of 21st Century Chronic Disease Determinants”, BioMed Research International, 2014.
Walker, Matthew, Why We Sleep: Unlocking the Power of Sleep and Dreams, Scribner, New York 2017.
Czeisler, Charles A., “Perspective: Casting Light on Sleep Deficiency”, Nature, 2013;497:S13.
Panda, Satchin, The Circadian Code, Rodale Books, New York 2018.
Wright, Kenneth P. et al., “Entrainment of the Human Circadian Clock to the Natural Light-Dark Cycle”, Current Biology, 2013;23(16):1554-1558.
Holt-Lunstad, Julianne, Smith, Timothy B., Layton, J. Bradley, “Social Relationships and Mortality Risk: A Meta-analytic Review”, PLoS Medicine, 2010;7(7).
Cacioppo, John T., Cacioppo, Stephanie, “Social Relationships and Health: The Toxic Effects of Perceived Social Isolation”, Social and Personality Psychology Compass, 2014;8(2):58-72.
Putnam, Robert D., Bowling Alone: The Collapse and Revival of American Community, Simon & Schuster, New York 2000.
Conrad, Peter, The Medicalization of Society, Johns Hopkins University Press, Baltimore 2007.
Moynihan, Ray, Cassels, Alan, Selling Sickness: How the World’s Biggest Pharmaceutical Companies Are Turning Us All Into Patients, Nation Books, New York 2005.
Welch, H. Gilbert, Schwartz, Lisa M., Woloshin, Steven, Overdiagnosed: Making People Sick in the Pursuit of Health, Beacon Press, Boston 2011.
Ioannidis, John P.A., “Why Most Published Research Findings Are False”, PLoS Medicine, 2005;2(8).
Starfield, Barbara, “Is US Health Really the Best in the World?”, JAMA, 2000;284(4):483-485.
Lane, Nick, Power, Sex, Suicide: Mitochondria and the Meaning of Life, Oxford University Press, Oxford 2005.
Wallace, Douglas C., “Mitochondria and Cancer”, Nature Reviews Cancer, 2012;12:685-698.
Picard, Martin et al., “Mitochondrial Psychobiology: Foundations and Applications”, Current Opinion in Behavioral Sciences, 2018;28:142-151.
Naviaux, Robert K., “Metabolic Features of the Cell Danger Response”, Mitochondrion, 2014;16:7-17.
© 2026 ORSICON | All Rights Reserved
© 2026 ORSICON | All Rights Reserved
